O autorze
Agata Szczotka-Sarna, fanka prostych przyjemności, poszukiwaczka i propagatorka minimalizmu w miejskim życiu.
Pisz na sarniezycie@gmail.com
Zajrzyj na profil Sarniego Życia na Facebooku

Mniej / więcej – przewodnik mamy minimalistki

fot. Agata Szczotka-Sarna
Zastanawiałam się ostatnio nad tym jak minimalizm wpływa na sposób wychowania dziecka. Bo że wpływa, nie mam wątpliwości, ani co do tego, że ten wpływ przenosi się nie tylko na samo dziecko, ale też na rodziców. No więc czego jest mniej, a czego więcej? A jeśli ani mniej, ani więcej – co się zmieniło i zmienia w sposobie realizacji niektórych potrzeb?

Mniej oglądania / więcej słuchania i czytania

Telewizora pozbyliśmy się pół roku temu, wcześniej odcinając kablówkę. W świetle ostrzeżeń wielu znajomych i członków rodziny, że dziecko im starsze, tym bardziej będzie chciało oglądać bajki i programy, które oglądają też rówieśnicy na popularnych kanałach, zrobiliśmy coś niedorzecznego. A jednak, obstaję przy tym – i mam stuprocentowe poparcie męża – że była to dobra decyzja. Teraz korzystamy wyłącznie z rzutnika połączonego z komputerem i oczywiście nadal możemy włączyć dowolne bajki (YouTube), przez HBO GO mamy dostęp do filmów i seriali, a przez VOD właściwie do dowolnych programów, ale nie ma syndromu skakania po kanałach, oglądania przypadkowych programów, bo akurat są.

Jeśli chcemy oglądać, to wcześniej planujemy lub szukamy zgodnie z aktualnymi zainteresowaniami – tym sposobem odkryliśmy na przykład krótką animację o wystrzelonej na orbitę Łajce. W sumie jest bardziej jak z wypadem do kina (także pod względem wielkości ekranu;) ). I oczy nie są narażone na świecący ekran LCD.

Rezultat jest też taki, że częściej oglądam (wierzę, że reszta domowników też) to, na czym mi naprawdę zależy. Po prostu rezerwuję na to czas wtedy, kiedy mi pasuje, zamiast dostosowywać się do programu telewizyjnego, a gdy już go znajdę, wiem, że mogę się w pełni oddać tematowi, zamiast myśleć o tym, co innego powinnam w tym czasie zrobić. Rodzinnie wgryzamy się też w temat oglądania meczy w wersji pozadomowej – wkrótce finał Ligi Mistrzów, który mamy nadzieję spędzić w lubianym przez nas tapas barze. Czyli zamiast siedzenia przed telewizorem potrójna przyjemność: towarzystwo innych kibiców, dobre jedzenie w lubianym miejscu, sportowe emocje.


Oglądania jest więc mniej, a to, które jest, opiera się na bardziej przemyślanych wyborach i planie, nie zaś na przypadku. Odkryłam też, że chętniej włączam radio, a mój syn swoje ulubione piosenki po portugalsku, które są związane z capoeirą. Jako rodzina czytamy więcej. Moja osobista średnia się nie zwiększyła, ale widzę, że na czytaniu synowi spędzamy nie pół godziny, ale godzinę co wieczór. On sam też coraz chętniej sięga po czasopisma i zrobił postępy w nauce pisania i czytania liter. Za to ostatnie w dużej mierze odpowiada zapewne fakt, że Edgar jest coraz starszy, ale chcę wierzyć, że brak rozpraszaczy, nauka planowania rozrywek (bo przecież filmy, seriale i bajki to rozrywka), pomaga mu także uporządkować świat liter i ułatwia poznawanie go.

Mniej posiadania / więcej dostępu

Od dawna nie jestem demonem zakupowym, więc trudno stwierdzić znaczny postęp. Chyba żeby wziąć pod uwagę zmianę kierunku z zakupów na dostęp.

Cóż to za twór ten dostęp? To możliwość korzystania z usług i rzeczy, które nie są naszą własnością. Trochę tak jak biblioteka (w opcjach darmowych) albo wypożyczalnia filmów (w opcjach płatnych). Zamiast od razu poszerzać swoje zbiory lub wyciągać kartę płatniczą, ekonomia współdzielona bazuje na wzajemny zaufaniu użyczającego i korzystającego oraz skłania do przemyślenia odpowiedzi na pytania: Czy muszę to mieć na własność? Jak mogę z tego skorzystać nie obciążając portfela? Nie muszę kupować mieszkania w centrum Mediolanu, by cieszyć się przebywaniem w takowym podczas wakacji (o tym nieco więcej w poście o kawowych perypetiach - KLIK). Nie muszę mieć tysięcy książek, aby móc je przeczytać. Sieć Sensownego Biznesu przystępnie opisuje całe zjawisko wraz z korzyściami racjonalnymi (oszczędność, elastyczność, możliwość wypróbowania różnych opcji) oraz emocjonalnymi (bycie częścią wspólnoty, odpowiedzialność za środowisko) wynikającymi z włączenia się w ten (nie)nowy nurt.

W praktyce rodzinnie odwiedzamy bibliotekę, zamieniliśmy płyty DVD na VOD, a podczas wakacji korzystamy z ofert Airbnb. Daleko nam jeszcze do obywania się bez samochodu, odkurzacza czy pralki, ale filozofia dostępu, zastępując kult posiadania, także tutaj daje spore możliwości: Uber, BlaBlaCar, publiczne pralnie (to tak a propos nowatorstwa pomysłu - chyba wszyscy kojarzą klasyczne amerykańskie pralnie na monety, będące częścią popkultury od dekad).

Staram się też tłumaczyć synowi, że zabawki, które są w przedszkolu lub te, które przynoszą koledzy to także dostęp - dzięki temu, że są inne od domowego zestawu, młody może korzystać z szerszej palety opcji. Oczywiście, zdarza się, że chce coś konkretnego i gdy tylko uzbiera potrzebną kwotę, może to zrobić, ale widzę też, jak jego podejście ewoluuje. Coraz częściej rozumie, że można się wymienić, stworzyć coś wspólnie, pożyczać sobie zabawki na dłużej.

Pamiętam pierwsze doświadczenie Edgara z wymianą. Wybierałam się na spotkanie do PaństwaMiasta. Spędziliśmy radośnie wieczór: ja przy kawie z koleżanką, a Edgar buszujący w pudłach pełnych zabawek, gdzie odkrył sowę - pluszową pacynkę. Miał wtedy trzy lata. Zakochał się w sowie i chciał ją zabrać do domu. Wytłumaczyłam mu, że przede wszystkim musimy zapytać, czy to możliwe i - jeśli tak - będzie musiał przynieść innego pluszaka, aby inne dzieci odwiedzające to miejsce nadal mogły się bawić. Urocza obsługa z PaństwaMiasta przystała na to rozwiązanie. Wróciliśmy do domu z sową (jest z nami do dziś), a kolejnym razem przynieśliśmy pluszowego krokodyla (Edgar sam go wybrał na wymianę). To była chyba pierwsza tak poważna lekcja odpowiedzialności i nauka podejmowania decyzji. Czy syn ma do mnie żal, że nie obiecałam mu po prostu zakupu takiej zabawki? Nie wiem. Wiem za to, że do dziś pamięta skąd ma sowę i czasami - mimo upływu czasu - pyta, dlaczego udało się to tak zrobić.
Być może dzięki tamtemu doświadczeniu łatwiej mu wytłumaczyć, że nie musi mieć wszystkich figurek Lego Bionicle, bo koledzy mają pozostałe, a w końcu idea jest taka, aby wspólnie zwalczać czacho pająki;) To zresztą działa na wielu poziomach - dziecko uczy się, że pasję można rozwijać bez wydawania kroci: czytając książki o dinozaurach z biblioteki, robiąc zdjęcia telefonem mamy, umawiając się na wspólne zabawy tym, co kto ma. Staram się dawać przykład wymieniając się książkami, ubraniami, wynajmując wakacyjne mieszkania przez Airbnb, co zresztą młody ceni, bo nawiązuje w ten sposób kontakty z różnych punktach świata i tworzy własną mapę wspomnień cioć i wujków, lokalnych zwierząt domowych i przedmiotów, które ktoś udostępnił mu do zabawy (nie macie pojęcia, jaką magię mają w sobie zestawy długopisów należące go kogoś innego!)

Mniej rzeczy / więcej doświadczeń

Kiedyś ochoczo przywoziłam z zagranicznych wojaży koszulki, kubki i albumy z wystaw, które odwiedziłam. Nadal czasami to robię, ale w kategorii ‘dobry prezent’ na znaczeniu zyskały zdjęcia (można je przerobić na magnesy, dając innym coś szczególnego, bo naznaczonego naszym widzeniem miejsca) i lokalne smakołyki. Z niedawnego wypadu do Hiszpanii Edgar dostał powidła figowe i - wierzcie mi - był zachwycony (piszę był, bo dość szybko je pochłania).

Zupełnie inaczej oglądam też wystawy. Nadal lubię wracać do ciekawych obrazów poprzez album, ale doceniam możliwość obejrzenia jednego eksponatu dogłębnie, spojrzenia na wystawę przez pryzmat fascynacji dziecka sztuką współczesną. Gdzieś na drabince wzniosły się pikniki, sport, gotowanie. Jeden z niedawnych weekendów wypełniony właśnie takimi doświadczeniami dał mi poczucie spełnienia. Podzieliłam go pomiędzy spotkanie z poznanymi na Facebooku minimalistami (świetne rozmowy, pyszne jedzenie, którym inni zechcieli mnie poczęstować) a rodzinny wypad do kina i rozmowę, bo "Sekrety Morza" wymagają od dzieci i rodziców wielu rozmów. Poczucie pełni zyskałam poprzez zbiór pozytywnych doświadczeń, przeżyć, które mocno zapadają w pamięć, bo wiążą się z relacjami międzyludzkimi, interakcjami, nie zaś z gromadzeniem i przekładaniem rzeczy.

Zauważyłam też zmianę w postrzeganiu zabawek przez Edgara. Choć co jakiś czas dzielimy je na: zostają, oddajemy, wyrzucamy, wciąż ma ich sporo i - co pewnie nie jest szczególnie zaskakujące w świetle tego tekstu - niewiele od nas, za to całą masę od babć i dziadka. Choć wiele razy prosiliśmy, aby nie rozpieszczali go zabawkami, kolejne wydają się napływać przy każdym spotkaniu. Aż nagle pewnego dnia Edgar zapowiedział, że nie chce zabawek. Tak naprawdę chce, ale pyta też coraz częściej, dlaczego babcie i dziadek dają mu zabawki i choć ze zrozumieniem przyjmuje nasze wytłumaczenie, że to ich sposób na pokazanie, że jest dla nich ważny, jednocześnie widzi, że można to zrobić inaczej. Zapytany o to, co my z nim robimy, a co chciałby robić także z babciami i dziadkiem, okazało się, że byłby przeszczęśliwym dzieckiem, gdyby zamiast zabawek dostał przejażdżkę rowerową z dziadkiem (obaj są zaprawionymi w bojach kolarzami), spacer lub wyjście na plac zabaw, możliwość pomagania przy gotowaniu, wypad na kawę z możliwością posmakowania mlecznej pianki. To te sytuacje wspomina i ich pragnie. Namawiam go, aby o tym mówił głośno, a wszystkie babcie i dziadków, którzy to czytają zachęcam do zweryfikowania wartości prezentów materialnych w relacji do upominków, jakimi są czas, uwaga i szczególne doświadczenie,

W kategorii mniej rzeczy / więcej doświadczeń moim faworytem ostatnich tygodni jest udział w licytacjach na inkind. Jeśli na hasło “licytacja” zapala Wam się lampka ostrzegawcza, spieszę Was uspokoić. Inkind to sprytne połączenie allegro, kickstartera i sie pomaga - przynajmniej ja tak to widzę. Każdy może stworzyć własny projekt, a następnie namówić innych, aby przekazali na aukcje swoje umiejętności i rzeczy. Tym sposobem można pomóc zbierać środki na projekt, który uważamy za ciekawy, mieć dreszczyk emocji związany z licytacją, a także wylicytować coś ciekawego. Postanowiłam spróbować każdej z opcji. Po raz pierwszy w życiu przekazałam na licytację wierszyk własnego autorstwa (temat na zamówienie zwycięzcy aukcji) - pisanie go było czystą frajdą. Wkrótce idę też na wylicytowane lekcje rysunku, trening capoeiry na dachu (ok, chwilo w parku, ale kto wie, może się załapię na dach?), a być może także kurs parzenia kawy (licytacja w toku). Żadnych przedmiotów, same potencjalnie ciekawe doświadczenia, kontakt z ludźmi, nowe umiejętności. A przy tym mam poczucie, że wspieram wartościowy pomysł autorki lubianej przeze mnie i syna, bo Ola Cieślak jest nam obojgu dobrze znana dzięki książce "Co wypanda, a co nie wypanda".

W naszym domu przedmiotów jest coraz mniej, ale w głowach i sercach jakoś pełniej, bo doświadczenia są w nas mocniej zakorzenione niż rzeczy. Czas pokaże, co jeszcze pojawi się “Mniej / więcej – przewodniku mamy minimalistki”, zaś to, co już odkryłam, możecie przetestować samodzielnie.
Trwa ładowanie komentarzy...