O autorze
Agata Szczotka-Sarna, fanka prostych przyjemności, poszukiwaczka i propagatorka minimalizmu w miejskim życiu.
Pisz na sarniezycie@gmail.com
Zajrzyj na profil Sarniego Życia na Facebooku

Capoeira albo jak odkryłam, że sport pomaga żyć lepiej

W capoeira kolejne stopnie zaawansowania są oznaczane sznurami.
W capoeira kolejne stopnie zaawansowania są oznaczane sznurami. fot. Agata Szczotka-Sarna
Gdy zauważyłam, jak dużą potrzebę ruchu ma mój syn, postanowiłam go zabrać na capoeirę. Dziś trenujemy oboje, a ja widzę jaka jest różnica między aktywnością, którą się po prostu realizuje od czasu do czasu a tą, która wymaga bycia tu i teraz oraz wychodzenia ze strefy komfortu. Przekonałam się też, że sport walki może być wspaniałym doświadczeniem z obszaru świadomego życia.

Nigdy wcześniej żaden sport nie wciągnął mnie na tyle, aby oddać się regularnym treningom. Nawet po urodzeniu dziecka nie wzięłam się jakoś ostro za siebie - od czasu do czasu pływałam, jeździłam na rowerze. Tak było do niedawna. Gdy zauważyłam, jak dużą potrzebę ruchu ma mój syn, postanowiłam go zabrać na capoeirę. Dziś trenujemy oboje, a ja widzę jaka jest różnica między aktywnością, którą się po prostu realizuje od czasu do czasu a tą, która wymaga bycia tu i teraz oraz wychodzenia ze strefy komfortu. Przekonałam się też, że sport walki może być wspaniałym doświadczeniem z obszaru świadomego życia.



Dla dziecka czy dla siebie?
Dlaczego zabrałam syna na trening capoeiry? Jeszcze z czasów studenckich pamiętam jak moja przyjaciółka (Madziu! żal, że nie jesteśmy już tak blisko) z radością opowiadała o treningach. Wiedziałam, że walce towarzyszy muzyka, że ważna jest w tym wszystkim historia. Skrawki informacji ukształtowały w mojej głowie obraz łączący walkę, muzykę, kulturę. Uznałam, że to dobra opcja dla dziecka, aby zachęcić go do systematycznego ruchu i poznawania świata. Nie pomyliłam się, a może po prostu trafiliśmy na świetną instruktorkę – w każdym razie, Edgar połknął bakcyla. Jak dużego, przekonałam się w lipcu zeszłego roku. Wakacje spędzaliśmy w TelAvivie. Słonce praży, piasek parzy, a mój syn domaga się, aby włączać mu muzykę i ćwiczyć z nim techniki, które sam zdążył poznać podczas zajęć. I to było trudne - nie tylko ze względu na pogodę - bo jak mam ćwiczyć z dzieckiem, jeśli sama nie mam pojęcia co i jak? We wrześniu postanowiłam to zmienić i też zaczęłam chodzić na treningi. Można więc śmiało powiedzieć, że zaczęłam ćwiczyć dla dziecka, z myślą o nim.

Teraz, gdy mam za sobą pierwszy rok treningów (fantastycznie jest liczyć czas w latach szkolnych!), jestem bogatsza o sporo spostrzeżeń i przekonanie, że to Edgar zrobił coś dla mnie, nie ja dla niego. Ten tekst to osobista relacja z przechodzenia od "robię to dla dziecka" do "robię to dla siebie", od "fajny sport" do "duża zmiana w życiu". Dziś widzę capoeirę jako lekcję pokory, przygodę z wychodzeniem ze strefy komfortu, a także szansę na doskonalenie umiejętności bycia tu i teraz.

Jak działa pokora?
Słownikowe znaczenie pokory, z którym kroczę przez życie nagle staje się niewystarczające. Ograniczenie się do "świadomości własnej niedoskonałości" nie mobilizuje. Pewnego dnia rozmawiam z E. E trenuje od niedawna – na tyle długo, by móc się czegoś od niej nauczyć (wtedy tak myślę, teraz już wiem, że uczę się od każdego członka grupy) i na tyle krótko, by pamiętać jakim wyzwaniem jest stosowanie nowych technik w roda, czyli kręgu, w którym toczy się gra-walka; a to - wierzcie mi - coś zupełnie innego niż powtarzanie wszystkiego podczas ćwiczeń. Rozmawiamy o pokorze. E. tłumaczy mi, że jej zdaniem to nie tylko przekonanie, że się czegoś nie potrafi, uznanie jakiegoś braku, ale też podjęcie działania mimo to. Pogodzenie się z myślą, że, aby pójść naprzód, trzeba się z tymi niedoskonałościami jakoś zaprzyjaźnić, ćwiczyć mimo ich obecności, wchodzić do roda i starać się grać jak najlepiej. Czuję wtedy, że ma rację, a ta myśl zostanie ze mną aż do teraz. O ile jednak nie mam trudności z jej przyswojeniem, z zastosowaniem mam problem do dziś.

Chciałabym napisać, że podczas każdego treningu, ale prawda jest taka, że każdego dnia myślę o moim kręgosłupie wzmocnionym prętami i śrubami podczas operacji wiele lat temu. Czy to niebezpieczne trenować w takim stanie? W każdym pooperacyjnym jest niebezpieczne. Ważne, aby o tym mówić innym, umieć zareagować na zagrożenie – upadać bezpiecznie. Dojście do tego zajmuje mi sporo czasu, zbyt wiele, bo gdy w końcu upadnę na plecy (jasna cholera, mam wrażenie, że poród tak nie bolał!), będę zupełnie nieprzygotowana. A wystarczyłoby trochę pokory wcześniej... Jednak z tym wiąże się jeszcze coś:

Wyjście poza strefę komfortu
Strefa komfortu. Kraina wygody, spokoju, bezpieczeństwa i... monotonii. Znacie ten obrazek?
Lubię go, ale widzę też, że jest w nim pewna skrajność. Wyjście ze strefy komfortu nie musi od razu oznaczać skoku w dal. No chyba, że lubisz dostać po oczach piachem spod własnych butów;) W ogóle z tym wychodzeniem to jest tak: trochę trzeba działać wbrew sobie, ale też zbyt duże ciśnienie może przynieść odwrotny skutek – zamiast otworzyć nas na nowe, spowodować, że czym prędzej wrócimy do strefy komfortu, wzmacniając jeszcze ścianę. A może tylko ja tak mam? Ale mam i postanowiłam ze zrozumieniem przyjąć, że tak jest. Za każdym razem, gdy na treningu albo warsztatach uczę się nowej techniki – wychodzę ze strefy komfortu. Za każdym razem, gdy poznaję nowe osoby – wychodzę ze strefy komfortu (samą mnie to dziwi, bo w pracy poznaję masę ludzi, ale doszłam do wniosku, że rzecz jest we wspólnocie - większość tych osób zna się od dawna, ja zaś najczęściej czuję się jak nieopierzony kurczak). Za każdym razem, gdy zmęczenie daje mi się we znaki – wychodzę ze strefy komfortu. Robię to teraz, pisząc o swoich przeżyciach. Czy muszę to robić także wchodząc do roda? Nie muszę, ale chcę. Choć nie zawsze i dlatego uświadomienie sobie, gdzie jest mój limit - ile razy danego dnia, tygodnia miesiąca, jestem gotowa zrobić krok poza swoją strefę komfortu - sprawia, że treningi mogą być wyzwaniem, nie przestając być przyjemnością. A by to w pełni odczuć…

Lepiej być tu i teraz
Wiecie co się dzieje, gdy tracę koncentrację w czasie gry w roda z drugą osobą? Mogę na przykład zarobić kopniaka w głowę. Albo przewrócić się - tak po prostu, bez niczyjej pomocy, bo akurat źle postawię nogę. Capoeira na wielu poziomach wymaga obecności i skupienia.

Gdy poznaję nowe kopnięcie, unik, muszę nie tylko zapamiętać nazwę, ale też postarać się odtworzyć ruch po ruchu dany element. Wystarczy odpłynąć myślami na chwilę, by zgubić ważny drobiazg. Być tu i teraz trzeba nie tylko podczas gry w roda lub ćwiczeń, ale także śpiewania. Roda tworzą osoby grające na instrumentach oraz grupa, która klaszcze i śpiewa. Do środka kolejno wchodzą osoby chcące zagrać - to capoeira w akcji. W tych chwilach najlepiej widać, że zaangażowanie każdej osoby stojącej w kręgu, przekłada się na energię grupy i buduje atmosferę. Kiedy zamiast śpiewać i klaskać zagapiam się na grających w środku (a jest na co, bo lata treningów sprawiają, że najbardziej zaawansowane osoby grają pięknie, lekko, dokładnie), tak naprawdę przestaję uczestniczyć w roda.

Świetnie podsumowała to Anna Mularczyk-Meyer w książce “Minimalizm po polsku”: sposobem na ćwiczenie uważności jest ruch (...) Trzeba się wtedy skupić, by utrzymać równowagę, prawidłowo rozłożyć ciężar (...) skoncentrować się na ciele, oddechu i otoczeniu. Z tych samych powodów capoeira okazała się dla mnie być okazją do odpoczynku.

Wybór nieprzypadkowy
Gdy coś zaczyna zajmować znaczną ilość czasu, skłania też do myślenia o sobie, relacji tej aktywności do innych osobistych przeżyć. Dzięki temu doszłam do tego, że wybór sportu ma sporo wspólnego nie tylko z charakterem człowieka, ale też z wcześniejszymi doświadczeniami.  U mnie wygląda to tak:

1. Przeszłość → oczywiście, że ma znaczenie. Po pierwsze, wspomniana już przyjaciółka, dzięki której po raz pierwszy zetknęłam się z capoeira, po drugie, moja osobista preferencja polegająca na uczestniczeniu w czymś, co ma historię, zwyczaje, zasady. Mam dobre wspomnienia z czasów harcerskich, a taka grupa jak capoeira działa podobnie - podział na sekcje niczym drużyny, spotkania (pokazy, treningi, warsztaty), rytuał przyłączenia (w harcerstwie otrzymanie chusty, w capoeira - batizado), muzyka - w tym śpiew i gra na instrumentach. Wszystko to sprawia, że capoeira jest mi bliska.

2. Otwartośćw grupie, w której trenuję rozstrzał wiekowy jest bardzo duży, właściwie trzy pokolenia razem. Co ciekawe, często są to całe rodziny: dzieci z rodzicami, pary. Imponująca jest równowaga między kobietami i mężczyznami. To jest naprawdę niesamowite, jak zaraźliwa jest pozytywna atmosfera.

3. Inspirujący ludzie → im dłużej jestem częścią tej grupy, tym wyraźniej widzę, że kluczem do regularnych treningów jest nie tylko znalezienie dyscypliny, która nam pasuje, ale też odpowiednie towarzystwo. Motywację można odkryć w sobie oraz w ścieżce, którą przeszli inni. Można ją utrafić w dobrym instruktorze, albo - najlepiej - kilku, z których każdy ma swój styl. To daje szeroki obraz możliwości, łatwiej wyznaczać sobie cele, mając takie wsparcie.

4. Wartości → odpowiada mi szacunek do poszczególnych osób, do tradycji. Podoba mi się, że starsi mogą uczyć się od młodszych i że w tych ostatnich nie ma buty, a jedynie chęć pomocy, dzielenia się umiejętnościami i doświadczeniem.

To co zaczęło się jako sport dla dziecka, stało się znaczącą częścią mojego życia. Fakt, że i mój syn lubi capoeirę to dodatkowa motywacja, ale już nie główna...
Trwa ładowanie komentarzy...