O autorze
Agata Szczotka-Sarna, fanka prostych przyjemności, poszukiwaczka i propagatorka minimalizmu w miejskim życiu.
Pisz na sarniezycie@gmail.com
Zajrzyj na profil Sarniego Życia na Facebooku

Co to znaczy “kochać własną pracę”?

www.facebook.com/SarnieZycie
Nie pamiętam już kiedy i gdzie przeczytałam to zdanie, ale zostało ze mną: dobry związek to taki, w którym jesteś najlepszą wersją siebie. Myślę, że odnosi się to do wszystkich relacji - tych międzyludzkich i tych między ludźmi i miejscami czy organizacjami. Myślę też, że najlepsza wersja siebie nie oznacza rzygania tęczą na prawo i lewo, raczej poczucie, że coś mnie uskrzydla, doładowuje, a nie wysysa energię.

Napisałam na Facebooku: Niedziela jest idealna, żeby się ponudzić. Mam tu na myśli taką nudę, która uwalnia kreatywność, daje przestrzeń na eksperymenty, pozwala się oderwać od rutyny i pędu za... no właśnie, może nawet nie wiadomo za czym. Magda odpisała: ja nie lubię niedzieli bo trzeba jutro rano iść do pracy. Odpowiedziałam jej: znajdź pracę, którą kochasz, a na myśl o poniedziałku będziesz czuć radość i chwilę później zaczęłam się zastanawiać, co to właściwie znaczy “kochać własną pracę”? Co Magda może wyciągnąć z mojej wypowiedzi i jakie moje przekonania zawierają się w tym krótkim zdaniu?

Zacznę od tego, że słynne serendipity, które znamy z filmów choć istnieje, nie jest czymś co da się przewidzieć, więc niczym wygrana w lotto, może się zdarzyć lub pozostawić nas z niezrealizowanymi marzeniami. Zdawanie się na taki cudowny przypadek, niezwykły zbieg zdarzeń, szczęśliwy obrót spraw, czy jak tam sobie chcecie to przetłumaczyć, to moim zdaniem nie jest opcja na ważne życiowe decyzje. Decydując się na związek z kimś lub pracę - szczególnie jeśli w zamyśle jest to relacja długoterminowa - wolę mieć poczucie, że nie tylko przypadek lub moda rządzą moim wyborem.

Wspominam o tym, bo gdy czytam o nienawiści do korporacji, to aż mi się coś przekręca w żołądku. Jak bardzo trzeba nie lubić siebie, żeby serwować sobie codziennie poczucie, że pracuję w beznadziejnym miejscu, które wywołuje we mnie upokorzenie, niszczy mnie od wewnątrz? Czego trzeba, żeby z taką nienawiścią mówić o swojej pracy, która - jakby nie patrzeć - jest jednak naszym osobistym wyborem?


Czy praca może zabić? Oczywiście. Jedna zatruwa, bo wiąże się z toksycznymi ludźmi i toksyczną kulturą organizacyjną, inna dusi, bo nie można realizować swojej wizji i celów, a tylko cele innych, jeszcze inna łamie kręgosłup. Separacja od rodziny, bliskich, utrata kontaktu ze sobą - to koleje rodzaje śmierci, pozbawienie pokarmu dla duszy i ciała. Nie ma się co oszukiwać - życie nieuchronnie zakończy się śmiercią. Pytanie, czy umrzesz szczęśliwy? I to akurat zależy od Ciebie. Trzeba odkryć życie, którym chce się żyć i je prowadzić dzielnie dzień po dniu. Nawet jeśli czasami sami sabotujemy realizację własnego planu, trzeba go mieć i do niego wracać jak do mapy, kiedy się zgubimy.

Internet tonie od artykułów z przesłaniem: korporacja - be, bycie wolnym od korporacji - cacy. Owszem, ludzie porzucają korporacje, realizują swoje marzenia i mają się wspaniale, ale wierzcie mi, można przejść drogę w odwrotnym kierunku i też czuć spełnienie zamiast wypalenia.

Gdy po blisko sześciu latach działania jako freelancer potrzebowałam odmiany, zwróciłam się w stronę organizacji porządowych. Miałam duże doświadczenie ze współpracy z nimi, to środowisko wydawało mi się idealne na powrót do pracy w zespole, realizowania na co dzień większych celów niż projekt klienta albo nawet moje osobiste pomysły i działania animatorskie lub szkoleniowe. I na tamtym etapie to był strzał w dziesiątkę. Trafiłam do dużej organizacji, a będąc w niej miałam okazję koordynwoać niesamowity projekt - jedno z moich najlepszych wspomnień z pracy tam. Przypomniałam sobie jak to jest działać nad czymś od początku do końca, świętować wzloty i smucić się upadkami.

Jako freelancer byłam w projektach od zamówienia do realizacji konkretnego punktu. Trudno wtedy zobaczyć większy obrazek. Gdy wróciłam do stałej pracy - miałam po temu okazję. Przypomniałam też sobie jak żyje duży organizm jakim jest organizacja - ze zwolnieniami lekarskim, urlopami macierzyńskimi, planowaniem wakacji i przekazywaniem obowiązków na czas nieobecności.

Wtedy poczułam, że jestem gotowa na skok dalej. Chciałam planować działania z większymi budżetami, kreować plany i realizować je według własnej wizji. Tak trafiłam do swojej obecnej pracy. Dużej, miedzynarodowej firmy, którą pewnie inni nazwaliby korporacją, ale która w ogóle korporacji nie przypomina. W każdym razie nie tę ze złych opowieści i horrorów, o których możecie przyczytać w wielu artykłach. Czy miewam chwile zwątpienia? Jasne! czy czasami narzekam? Owszem. Ale...

...tutaj właśnie wkracza miłości. To, że kogoś (także pracę) kochasz, nie oznacza, że nie widzisz jej słabości, czy niedoskonałości. To - przynajmniej moim zdaniem - oznacza, że decydując się na związek, robisz to świadomie, że widzisz w tej drugiej stronie dobro, potencjał i czujesz, że razem możecie zawojować świat. Raczej też nie będziecie sobie spijać z dzióbków każdego dnia. Pewnie nawet nieraz stoczycie ostrą potyczkę, ale nawet wtedy każde z was będzie najlepszą wersją siebie - będziecie szukać dobrego rozwiązania, czuć się odpowiedzialni za waszą relację. Bo miłość, także ta do pracy, to odpowiedzialność - za siebie, swoje podejście, za otoczenie, za jakość relacji w zespole.

Co to znaczy “kochać swoją pracę”? Wybrać ją świadomie, w zgodzie z wyznawanymi wartościami, swoimi zdolnościami i celami. To również: wiedzieć, gdy przyjdzie czas na przeformułowanie zakresu obowiązków, a jeśli to potrzebne, szukać rozwiązań, gdy pojawiają się trudności. Oraz szanować - siebie i tę pracę. Tak po prostu.

Po więcej przemyśleń i inspiracji z nurtu minimalizmu oraz świadomego i powolnego życia zapraszam na profil bloga Sarnie Życie na Facebooku.
Trwa ładowanie komentarzy...